Jestem dumnym członkiem Europejskiego Stowarzyszenia Twórców Mydła i Kosmetyków

Member of the European Directory of Soap and Cosmetics Makers

piątek, 28 grudnia 2012

Natłuszczające "guziczki aligatora"

 Mroźna zima odeszła (przynajmniej na razie), ale zimowe ręce pozostały (moje na pewno). Zimowe, bo skóra  przesuszona, szorstka, jednym słowem, niezbyt przyjemna. Zaczęłam się zastanawiać, czym te biedne ręce potraktować i wtedy zobaczyłam .....guziczki aligatora! Co to takiego? Tak czasem nazywany bywa owoc awokado- zielona skórka z brodawkami może przywodzić na myśl skórę aligatora. Nie będę się rozwodzić nad zaletami tego maślanego owocu -jest wystarczająco popularny i wszędzie można znaleźć na ten temat informacje. Po prostu rozgnieć go lub zmiksuj , dodaj oliwy, trochę brązowego cukru i np. olejku paczuli- otrzymasz pastę, którą wystarczy nakładać na ręce (wcierając przez ok. minutę) trzy razy na dzień przez trzy kolejne dni. Pastę spłukuj ciepłą wodą, a ręce smaruj np. masłem shea. Efekt takiej kuracji murowany- nawilżone, natłuszczone i gładkie ręce! Pastę przechowuj w lodówce (do trzech dni), nie nakładaj na skaleczoną skórę, bo będzie szczypać.
PASTA Z AWOKADO NA SUCHE RĘCE
pół dojrzałego  (a najlepiej przejrzałego) awokado
1 łyżka oliwy
30g brązowego cukru
4 krople eterycznego olejku paczuli

Przyjemnego natłuszczania!


środa, 14 listopada 2012

Mydło tygodnia-korzystaj!

Co tydzień, przez cały tydzień „mydło tygodnia” w korzystnej, niższej cenie! Nowe „mydło tygodnia” będę umieszczać w sklepiku w każdy weekend, a w sprzedaży będzie dostępne od poniedziałku do piątku, oczywiście na każdy tydzień będę proponować inne mydło. Chcę w ten sposób przybliżyć Wam-Kupującym i Sympatykom, walory mydeł, które powstają na Lawendowej Farmie, w tym przede wszystkim walory rodzimych, pospolitych ziół, które dodaję do tychże mydeł. Zioła te często w cudowny sposób oddziałują na nasze zdrowie (w tym pielęgnację skóry), a zdążyłam się zorientować, że wiele osób po prostu ich nie zna- częściej wiemy co to np. amla niż przywrotnik lub krwawnik- to klasyczny przypadek ”swego nie znacie.” A więc do dzieła!
W ubiegłym tygodniu jako "mydło tygodnia" królował Szałwiowy Blues, a w tym tygodniu (12-16 listopada) proponuję Mydło Achillesa, czyli oryginalne  mydło z krwawnikiem.
 Na moich ulubionych nadwieprzańskich łąkach, gdzie codziennie bywam z psami, mam szczególnie ulubiony "krwawnikowy ogród". Lubię go o każdej porze roku, ale oczywiście najbardziej kiedy kwitnie niezliczoną ilością białych, koronkowych baldaszków! I skąd  nazwa „krwawnik”, skoro jest biały ?Ano stąd, że od bardzo dawna znany jest jako środek powstrzymujący krwawienia- świeże liście krwawnika przyłożone na skaleczone miejsca tamują upływ krwi. Osobiście bardziej lubię łacińską nazwę krwawnika czyli Achillea millefolium-podobno Achilles używał krwawnika do leczenia ran.
Ziele krwawnika ma przyjemny, aromatyczny zapach i gorzki smak. Najważniejszym jego składnikiem jest olejek lotny, a w szczególności zawarte w nim substancje aktywne jak azulen, cholina, garbniki i sole mineralne, a zwłaszcza cynk, odgrywający ważną rolę w leczeniu stanów zapalnych skóry , takich jak trądzik czy liszaje.
Odwar bądź napar stosuje się w postaci okładu w leczeniu schorzeń skórnych, ma działanie przeciwzapalne i gojące, leczy liszaje i liszajce, czyraki, łojotok, łupież, łojotokowe zapalenie skóry, pryszcze różnego pochodzenia i trądzik.
Przyłóż więc pachnące mydło  z krwawnikiem do swej skóry, a ono ją zrelaksuje i wygoi; pieni się obficie, przyjemnie pachnie i ma ciekawy kolor.
Mydło Achillesa zawiera naprawdę same dobre rzeczy:
oliwę, olej kokosowy,  olej palmowy, olej rycynowy, masło shea, napar z ziela krwawnika, ziele krwawnika, olejki eteryczne: lawendowy, lemongrasowy i geraniowy, korzeń rzewienia (nadaje  kolor), wodorotlenek sodu, wodę
Spróbuj mydła z krwawnikiem-może zostanie Twoim ulubionym mydłem!

Zalecenia:
Do cery tłustej, trądzikowej, do mycia włosów, do kąpieli i pod prysznic



niedziela, 11 listopada 2012

Biało-czerwone

 Nie może być inne na Święto Niepodległości, tylko biało-czerwone. To tak w ramach naszego małego, prywatnego świętowania tego ważnego święta, zrobiliśmy zgodnie biało-czerwone: ja wlewałam mydło czerwone (z czerwoną glinką),  a mój mąż białe (bez glinki). W zależności od tego, jak nam się wlewało, wyszły bardziej paski lub bardziej kółka Na koniec  dodałam  olejki eteryczne, jałowcowy i cytrynowy, ale zapach wyszedł bardzo delikatny. Z efektu końcowego jesteśmy zadowoleni, ze współpracy również, kto wie, co jeszcze wymyślimy? Mamy masę pomysłów na nowe mydlane wzorki, a zabawa jest naprawdę przednia, czego chcieć więcej w ten świąteczny czas?
 
 

wtorek, 23 października 2012

Grunt to zdolny mąż!


Jeśli żona (czyli ja), kiedy tylko może robi mydło, to nic dziwnego, że w końcu udzieli się to mężowi- mojemu się udzieliło i w ten sposób powstało" Łaciate".Nie powiem, mydło jet całkiem, całkiem, ale żeby od razu się z tego powodu przechwalać? Mam na myśli oczywiście mężowskie przechwałki. Musiałam wysłuchać, że my kobiety to tylko krupnik albo ogórkowa, a jak facet wejdzie do kuchni, to od razu tworzy coś oryginalnego, niepowtarzalnego. To samo dotyczy mydła: ja tylko czarne, albo białe, a tu proszę: Łaciate! A swoją drogą, fajnie byłoby mieć w sklepiku takie "Łaciate"......
 

poniedziałek, 15 października 2012

Mydło w płynie czyli płyndełko!

 Trochę to moje blogowe poletko leży ostatnimi czasy odłogiem, ale to nie znaczy, że leżę na plaży w Bangkoku, nie, nie, wręcz przeciwnie, pracuję nad płynnym mydłem, czyli jak się okazało płyndełkiem. Płyndełko to nazwa, która przypadła mi do gustu i wygrała w  moim minikonkursie. Cieszę się tym bardziej, że nazwę wymyśliła zaprzyjaźniona z LF Bzeltynka - bardzo dziękuję i gratuluję, nagrodę-niespodziankę oczywiście wyślę pocztą! A skoro nazwa już jest, mam nadzieję, że niedługo w sklepiku pojawią się płyndełka. Serdecznie zapraszam!

niedziela, 14 października 2012

Anioł przyfrunął!

 Zdarza mi się czasem zamienić słowo z innymi "sklepikarzami" (sama siebie tak żartobliwie nazywam) i usłyszeć, jacy to klienci są niedobrzy. A ja? A ja, nie mogę złego słowa powiedzieć na swych klientów-to sympatyczni, kulturalni, naturalnie zakręceni ludzie i do tego czasem dostaję od nich wspaniałe niespodzianki! Jestem im naprawdę wdzięczna, bo utwierdzają mnie  w przekonaniu, że tyle dobra i dobrych ludzi jest wśród nas, a takie gesty sprawiają, że na sercu robi się lekko i radośnie. Ostatnio w taki radosny nastrój wprawiła mnie Pani Ala, która robi kolorowe cudeńka z masy solnej i, od której dostałam Jesienną Anielicę (taj ją nazwałam) i dwa wesołe kocury (w sumie mam już teraz 7 kotów-dobrze, że tylko 5 żywych!). Pani Ala sprawiła mi naprawdę dużą przyjemność, bo bardzo lubię figurki z masy solnej, mam na  temat ich lepienia  kilka książek i  kiedyś sama próbowałam lepić , ale jakoś nie wytrwałam. Dodam jeszcze, że sama mogłam wybrać aniołka , jako że Pani Ala wysłała mi kilka zdjęć. Bardzo cenię sobie takie "wytwory ludzkich rąk", uważam, że to najwspanialsze prezenty, jakie możemy dostać. Wymyśliłam sobie, że Jesienną Anielicę od Pani Ali wykorzystam do zilustrowania w sklepiku mego mydła Sielskie Anielskie i jeśli ktoś zobaczywszy ją tam na zdjęciu, zechce kupić taką lub inną figurkę z masy solnej, chętniew tym celu  udostępnię adres mailowy Pani Ali. Życzę Wam wielu aniołów!


niedziela, 30 września 2012

Mydło w butelce! Nagrody!


Wojtek tak długo mieszał, gotował, pichcił, aż upichcił pierwsze potasowe mydło na Lawendowej Farmie! Jestem dumna! Wyszło piękne, przezroczyste,  lekko bursztynowe i do tego przyjemnie pachnie. Nie wszyscy są zorientowani, więc pokrótce wyjaśnię: najbardziej popularne mydła to właśnie mydła sodowe tzw. twarde i mydła potasowe, czyli miękkie. Różnicę powoduje użyty w reakcji wodorotlenek,sodowy lub potasowy. Jeśli sodowy, otrzymujemy twarde kostki mydła (mam na myśli wyłącznie ręcznie robione mydło, bo to, co można kupić w każdym sklepie, mydłem niestety nie jest), a jeśli potasowy, otrzymujemy mydło bardziej maziste, lepiej rozpuszczalne w wodzie i dzięki temu możemy z powodzeniem sporządzać z niego mydła w płynie, szampony, żele do kąpieli itp, jednym słowem wszystko to, co wlewamy do  butelki, przez co jest tak wygodne w użyciu. Wojtek mydło już rozpuścił, na razie nie zagęszczał, przelał do butelek, a ja pomyślałam, że dobrze byłoby zapytać o zdanie Was-osoby zainteresowane naturalnymi środkami do pielęgnacji, co myślicie o takim mydle, czy dobrze się pieni, czy odpowiednio myje (czyści) skórę, czy dodawać do niego barwniki, czy dodawać olejki eteryczne, czy koniecznie trzeba je zagęścić, czy dobrze myje włosy? Jeśli chcecie spróbować ręcznie robionego , płynnego, potasowego mydła, a potem napisać opinię na jego temat, bardzo proszę zgłoście swój akces pisząc na adres: sklep@lawendowafarma.pl. Pierwszych 10 osób otrzyma pocztą 100ml buteleczkę potasowego mydła z Lawendowej Farmy, w zamian za co bardzo proszę o opinię na jego temat, będę naprawdę wdzięczna za każdą uwagę. A jeśli ktoś lubi wymyślać nazwy, niech zgłosi tutaj na blogu swoją propozycję, jak nazwać takie płynne mydło, bo mnie  nazwa " mydło w płynie" kojarzy się z nazwą "płyn do mycia naczyń". Dla najbardziej trafionej nazwy przewiduję nagrodę-niespodziankę. Oczywiście opinie nt.  płynnego mydła z Lawendowej Farmy chętnie w tym miejscu przedstawię. A więc do dzieła! Wszystkich serdecznie zapraszam!

środa, 26 września 2012

Karmel? To nie takie proste!

Równonoc jesienna za nami, tak więc mamy jesień. Zawsze mi smutno, kiedy lato odchodzi, ale nie tym razem! Tym razem czuję ulgę, bo od wiosny miałam do czynienia z cementem, piaskiem, styropianem, rurkami, złączkami, wełną mineralną i innymi, równie ekscytującymi gadżetami. A teraz mogę wrzucić na luz i zająć się tym, co tygrysy lubią najbardziej! Chociaż, z drugiej strony, nie wiem, czy poparzone palce, to jest to, co lubię najbardziej. A dlaczego poparzone? Zacznę od początku. Jak już się trochę wyluzowałam, obejrzałam przecudny film produkcji libańskiej pt. Karmel- bardzo lubię takie niespieszne, kobiece, niekoniecznie amerykańskie kino. Ale najbardziej urzekł mnie początek filmu, jeszcze z napisami, kiedy pokazano, jak gotuje się pastę cukrową czyli tytułowy karmel. Jak wiadomo, w krajach arabskich (chociaż nie tylko) kobiety,od wieków przy pomocy takiej karmelowej pasty depilują swe ciało. Są w tym bardzo zręczne i jak się to ogląda, to myśli sobie człowiek:" toż to bułka z masłem"!Ale nie! Nic bardziej błędnego. Mnie oczywiście zamarzyła się karmelowa depilacja i ochoczo zabrałam się za sporządzanie cukrowej pasty. Ale to nie takie proste! Przepisów jest całe mnóstwo, chociaż pastę gotuje się tylko z trzech składników: cukru, wody i soku z cytryny.
 Wykonanie jest bardzo proste, bo składniki wrzuca się do garnka i razem gotuje, ale uzyskanie pasty o odpowiedniej konsystencji wymaga wprawy.Ale jak się wyznaje zasadę "nigdy się nie poddawaj!", wszystko się w końcu udaje (nawiasem mówiąc zasadę gorąco polecam).
 
 
 
 Moja pasta (trzecia z kolei) nie jest jeszcze idealna tzn. powinna być minimalnie gęściejsza, tak mi się przynajmniej wydaje, kulki jeszcze z niej nie zrobię (depilacja taką kulką jest bardzo wygodna, warto zobaczyć jak to wygląda chociażby na Youtube), będę jej mogła używać raczej do depilacji z użyciem pasków materiału- najpierw smarujemy pastą owłosioną skórę, na to nakładamy paski materiału (np. ze starego prześcieradła), a potem je energicznie odrywamy, oczywiście razem z włosami. Z tego co czytałam i oglądałam, cała operacja nie boli, chociaż wymaga pewnej wprawy.A może macie jakieś doświadczenia z cukrową depilacją? napiszcie, wszystkie wskazówki będą dla mnie bardzo cenne i chętnie z nich skorzystam.
A oto przepis, wg którego zrobiłam jedną ze swych past:
2 szklanki cukru (białego lub brązowego)
1/4 szklanki soku z cytryny
1/4 szklanki gorącej wody
Składniki rozpuszczamy w garnku i doprowadzamy do wrzenia na najmniejszym palniku kuchenki gazowej (minimum mocy), cały czas energicznie mieszamy; całość gotujemy ok. 5 minut i sprawdzamy, czy powstały syrop jest odpowiednio lepki - powinien mieć konsystencję i kolor miodu. Jeśli wszystko jest OK, syrop przelewamy do słoika lub pojemnika do mikrofalówki i schładzamy, w razie potrzeby podgrzewamy do żądanej gęstości. Największą  zaletą depilacji cukrowej  jest to, że jest bardzo skuteczna gdyż jej efekty utrzymują się nawet przez kilka tygodni, poza tym nie podrażnia skóry ani jej nie wysusza. Można ją stosować na każdą partię ciała, nawet w okolicach bikini czy na twarzy, gdzie naskórek jest bardzo wrażliwy, pozostawia skórę gładką i ładnie pachnie, szczególnie gdy dodamy do niej miód lub rumianek, no i przede wszystkim można ją zrobić samodzielnie w domu, z prostych, naturalnych składników. Mam nadzieję, że z czasem uda mi się opanować tę wcale niełatwą sztukę......
 

piątek, 17 sierpnia 2012

Kolorowe czyściki

 Od dłuższego czasu jestem zauroczona glinkami kosmetycznymi. Lubię to, jak działają na skórę, to, że mają różne kolory, a przede wszystkim to, że można je dodać praktycznie do wszystkiego (oczywiście, mam na myśli własnoręcznie zrobione kosmetyki). Bardzo lubię mydła z glinkami, dodaję glinki do czyszczących plastelinek, a ostatnio zrobiłam coś, co nazwałam Kolorowe Czyściki. Na początek zrobiłam czyścik Biały z glinką kaolinową i Zielony z glinką zieloną. Planuję zrobić Żółty i Różowy, chociaż trudno mi sobie siebie wyobrazić po nałożeniu różowego lub żółtego czyścika  na twarz! Ale czego się nie robi dla urody? Czyściki mają  konsystencję gęstego kremu, dobrze się  rozsmarowują na twarzy, a służą do zmywania podkładu, oczyszczania, wygładzania i odświeżania, czyli jednym słowem do dopieszczania skóry twarzy. Robi się je bardzo prosto. Oba moje czyściki robi się tak samo, z jedną różnicą: czyścik Biały zawiera masło shea, a czyścik Zielony masło kakaowe.
 A oto przepis:
KOLOROWY CZYŚCIK
30g masła shea (lub pół na pół z masłem kakaowym)
20g oleju kokosowego
10g wosku pszczelego
10g glinki
2 łyżki oleju ze słodkich migdałów
2 łyżeczki płynnego miodu
5-10 kropli olejku eterycznego
Stałe tłuszcze, a więc masło, olej kokosowy, wosk rozpuszczamy na łaźni wodnej, następnie dodajemy olej z migdałów , miód i wszystko mieszamy. Miód nie rozpuści się całkowicie, ale wymiesza się dobrze z pozostałymi składnikami po dodaniu glinki. Teraz  pozostaje nam  dodać olejek lub olejki eteryczne, wymieszać i czyścik gotowy!To, jaką glinkę i jakie olejki eteryczne dodamy , zależy od  rodzaju naszej cery, i tak:
cera tłusta: glinka zielona, olejek cytrynowy, lawendowy lub  herbaciany
cera normalna: glinka różowa, olejek geraniowy
cera sucha: glinka biała, olejek pomarańczowy
Oczywiście możemy eksperymentować do woli i próbować różnych wariantów. Ja do czyścika białego dodałam olejek lawendowy, a do czyścika zielonego olejek cytrynowy i herbaciany; z efektu jestem zadowolona. Tak więc, do dzieła!


środa, 11 lipca 2012

Zwycięzcy konkursu

Po raz kolejny się nie zawiodłam- Wasza kreatywność nie zna granic! Z dużą przyjemnością i często uśmiechem czytałam Wasze propozycje. Uśmiałam się z propozycji Katarzyny, która zaproponowała nazwę "Antybzykadło", myślę że to dobra nazwa dla balsamu antykoncepcyjnego, no cóż, pomyślę, ale chyba trudno będzie stworzyć receptę; w każdym bądź razie mój mąż ufundował za tę nazwę gliniany kubek, który powędruje do Katarzyny! Z ilości propozycji wynika, że komary nieźle zalazły nam za skórę, ja ich również nie znoszę , najbardziej za to, że uniemożliwiają miłe spędzanie wieczorów na powietrzu, a tylko wtedy mam wolne chwile. Mam nadzieję, że przyrządzony na bazie ziół twardy balsam, chociaż trochę pomoże ograniczyć tę "komarzą zarazę", w każdym razie mięta i kocimiętka już się suszą, a tymianek i rozmaryn już są gotowe. A oto nagrodzone przeze mnie propozycje:

1. NAKOMAREK- autorka A.
2. WYKOMARZAJ!- autorka Moireach

Bardzo wszystkim dziękuję za udział w konkursie, mam nadzieję, że lubicie jego formę, bo ja już myślę o następnym! Zwyciężczynie proszę o przesłanie adresów na: sklep@lawendowafarma.pl , abym mogła wysłać nagrodę. Serdecznie pozdrawiam!

wtorek, 3 lipca 2012

Komary precz! Konkurs!

Bardzo proszę, pomóżcie wymyślić nazwę balsamu twardego odstraszającego komary! Mam z tym straszny problem. W j. angielskim taki balsam nazywa się najczęściej "bug off" (chociaż mój słownik pokazuje mi to wyrażenie w kategorii wulgaryzmów, bo znaczy mniej więcej" zabieraj d... w troki i spadaj"). Chciałabym, aby nazwa była krótka, polska, może dowcipna, no i na temat. Balsam ma być twardy na bazie wosku pszczelego, oleju kokosowego, masła shea (macerat rozmarynu, goździków, tymianku, cynamonu, mięty) i olejków eterycznych: lawendowego, cytrynowego, tymiankowego, rozmarynowego. Zwycięzcy (dwie  osoby) otrzymają oczywiście w prezencie balsam na komary! A więc konkurs rozpoczęty! Proszę o pomysły do 10 lipca, czekam z niecierpliwością, pozdrawiam!

Mydło w kolorze lawendowym?

Uwielbiam zarówno zapach, jak i kolor lawendy i nie miałabym nic przeciwko, gdyby możliwe było zrobienie mydła w kolorze lawendowym , oczywiście bez dodatku sztucznych farbek. Ale nie! mogę sobie tylko pomarzyć. Piękna lawendowa lawenda w zetknięciu z wodorotlenkiem sodu (zasada!) zmienia kolor na mało atrakcyjny brąz, niestety! Żeby sobie to choć trochę wynagrodzić, od czasu do czasu (kiedy nie zapomnę), posypuję blok mydła suszonym kwieciem i jeśli zrobię to w odpowiednim momencie, lawendowy kolor pozostaje, hura!
 
 
 
 

 Czerwiec to miesiąc, w którym lawenda zaczyna swe kwitnienie i trwa ono praktycznie do jesieni; niebieskie kwiatki cieszą oczy, przydają się w kuchni, przecudnie pachną i można z nich zrobić wiele pomysłowych dekoracji. Jeśli też lubicie lawendę, załóżcie sobie lawendowy ogródek! Może to być osobna rabatka w ogródku, albo donica na balkonie, koniecznie ceramiczna, bo plastik, moim zdaniem, kompletnie nie pasuje do lawendy. Uprawa lawendy jest naprawdę bardzo prosta i jeśli damy jej to co lubi, będzie cieszyć nasze nosy i oczy. A ponieważ wraz z kwitnieniem lawendy nabrałam ogromnej ochoty, aby więcej o niej pisać, będzie naprawdę lawendowo w Lawendowie. Uprawiam lawendę już od dobrych kilku lat i  mimo iż na wschodzie Polski nie spotyka się jej zbyt często (przemarza!), jakoś dajemy radę. Spróbuję podzielić się moimi lawendowymi doświadczeniami , a jeśli kogoś zachęcę w ten sposób do uprawy lawendy, będzie mi naprawdę bardzo miło. A póki co, pijmy herbatę z lawendą! Wspaniale relaksuje, odpręża i uspokaja skołatane nerwy. Wystarczy wymieszać dwie łyżli czarnej, liściastej herbaty (ja lubię dobrą Yunan) z łyżką suszonej lawendy,zaparzam jednorazowo płaską łyżeczkę takiej mieszanki, smakuje naprawdę wybornie!

wtorek, 26 czerwca 2012

Lawendowe brownies

 W taki dzień jak dzisiaj, zimny, szary i wietrzny (brrrr!) namawiam wszystkich gorąco do upieczenia pyszniutkich brownies z lawendą. Co prawda idą w biodra, bo zawierają sporo masełka i cukru, ale za to, jak wspaniale poprawiają nastrój! Są wilgotne, lekko się ciągną, mocno kakaowe i mocno słodkie. Lawendy dodajemy do nich ociupinkę, ale jej smak i zapach bardzo dobrze  komponuje się z gorzkim kakao i kawą rozpuszczalną i dlatego do następnych dodam więcej lawendy i to koniecznie nie zmielonej. Przygotowanie brownies zajmuje dosłownie kilka minut, a ich smak i zapach bije na głowę wszelkie "gotowce" z pudełka, no i co dla mnie najważniejsze, nie dodaje się do nich proszku do pieczenia. 
 PRZEPIS NA LAWENDOWE BROWNIES
1 łyżeczka suszonego kwiatu lawendy
3 filiżanki cukru kryształu
1i 3/4 filiżanki  mąki
3/4 filiżanki plus dwie łyżki stołowe gorzkiego ciemnego kakao
1/2 łyżeczki soli
1/4 łyżeczki rozpuszczalnej kawy
330g masła (ja dodałam pół na pół z roślinnym)
4 duże jajka
2 łyżeczki ekstraktu wanilii (nie miałam ekstraktu i dodałam cukier waniliowy)
1 filiżanka siekanych orzechów włoskich (nie miałam czasu łuskać orzechów i dlatego dodałam mączki migdałowej, której używam do robienia czyszczących plastelinek i był to strzał w dziesiątkę!)
 1. Piekarnik ustawiamy na 160C, blaszkę wielkości 32cmx22cm wykładamy papierem do pieczenia. Lawendę mielimy dokładnie  w blenderze z łyżką cukru, przekładamy do dużej miski i dodajemy pozostałe sypkie składniki: mąkę, kakao, sól, rozpuszczalną kawę, pozostały cukier.
 2. Masło rozpuszczamy na bardzo małym płomieniu, chwilę studzimy, roztrzepujemy w nim jajka i wanilię
3. W sypkich składnikach robimy otwór, w który wlewamy masło z jajkami i całość mieszamy drewnianą łyżką, dosypując stopniowo siekane orzechy (jeśli ich w ogóle używamy).

4. Gładką masę wylewamy na blaszkę i wkładamy do nagrzanego piekarnika, pieczemy ok. 35 minut.
(przepis pochodzi z książki Sharon Shipley pt. The lavender cookbook)
A na koniec ciekawostka: gorzkie kakao lub inaczej holenderskie (ang. dutch process cocoa) to takie, które poddaje się działaniu zasady , aby zneutralizować naturalną kwasowość kakao; dzięki temu jest ono ciemniejsze, lepiej się rozpuszcza i łagodniej pachnie, ale nie powinno się go łączyć z sodą oczyszczoną.

niedziela, 10 czerwca 2012

Nie drap! Posmaruj koniczyną!

Koniczyna zazwyczaj kojarzyła mi się z białą koniczyną, z której jako dziecko wyplatałam wianki , było jej wszędzie pełno, ot, taki chwast, natomiast czerwoną koniczynę spotykałam rzadziej, być może dlatego, że pochodzę ze Śląska (tego z węglem kamiennym i kopalniami) i tam czerwonej koniczyny było zdecydowanie mniej. Za to teraz, na nadwieprzańskich łąkach jest dokładnie odwrotnie, zatrzęsienie czerwonej, a białej jak na lekarstwo! Ale właśnie czerwoną koniczynę częściej stosuje się jak "lekarstwo"! Surowcem zielarskim są czerwone kwiaty i ziele , a zawierają: flawonoidy, antocyjany, fenolokwasy, garbniki, ślady olejku eterycznego, karoten, witaminy C i E, czyli same dobre rzeczy. Mój ulubiony "zielarz", Pan Mateusz Senderski, w swoim poradniku pt. "Prawie wszystko o ziołach", (polecam wszystkim, którzy lubią zioła) pisze, że "koniczyna jest jednym z najbardziej bezpiecznych i skutecznych środków leczących schorzenia skóry u dzieci np. różnego rodzaju egzemy lub łuszczycę".  Poza tym działa przeciwbólowo, przeciwzapalnie i przeciwświądowo. Najbardziej zaintrygowało mnie to ostatnie. Jakże często mamy  problemy skórne połączone ze swędzeniem, które doprowadza nas do czarnej rozpaczy i znikąd pomocy! Ponieważ większość "dobrych" składników zawartych w koniczynie rozpuszcza się w tłuszczach, zrobiłam sobie " koniczynowy balsamik",  na bazie masła shea i oleju ze słodkich migdałów (w oleju moczyły się kwiaty koniczyny), taki w sam raz do smarowania uprzykrzonych ,swędzących miejsc. Pierwsze sygnały na temat działania balsamiku są pozytywne, co cieszy mnie tym bardziej, że stosowały go właśnie osoby ze "swędzącym problemem". Balsamik nazwałam "Plaster Koniczynowy" i mam nadzieję, że niebawem na stałe zagości w sklepiku Lawendowej Farmy.
A na zdjęciu poniżej moja "cudna" Fajeczka! Tak ostatnio wygląda po każdym spacerze! Pod koniec spaceru, znienacka, wskakuje do pierwszego lepszego błotnistego bajorka, chwilę pławi się w błocie, po czym bardzo zadowolona maszeruje do domu, roztaczając wokół "mulistą" woń. Taka z niej dama!

poniedziałek, 4 czerwca 2012

Myśl kobieto, myśl!

Tak mawiała do siebie kilka razy w ciągu dnia Mariolka, koleżanka z mojej ostatniej (mam nadzieję) etatowej  pracy; motywowała się  (mówiła tak wyłącznie do siebie) w ten prosty sposób do działania . I pewnie do dzisiaj nie wie, że ja to jej powiedzenie, bardzo wzięłam sobie do serca.  Praca tam była totalną porażką, codziennym koszmarem, dołem po kartoflach i........... mogłabym tak wyliczać bardzo długo. A myślałam, że będzie wybawieniem po trzech latach przymusowego "siedzenia" w domu. To była praca, która omal mnie nie złamała, ale  codzienne zaklinanie Mariolki "myśl kobieto, myśl" nie dawało mi spokoju. Mogłam trwać w tym koszmarze, ale "myśl kobieto, myśl" nie pozwalało mi na tak proste i beznadziejne rozwiązanie. I za to jestem Mariolce wdzięczna-w pewnym sensie, dzięki jej gadaniu  zostałam" domową mydlarką", szczęśliwą domową mydlarką. "Myśl kobieto, myśl" towarzyszy mi cały czas, dzisiaj dodałabym jeszcze: "i miej kobieto marzenia". Po co to wszystko piszę? Ano, jakoś tak mi się zebrało na refleksje, kiedy patrzyłam na nową mydlarnię, którą dla siebie "moszczę". Całkiem niedawno, gnieżdżąc się na przysłowiowych dwóch metrach kwadratowych, nie śmiałam nawet o niej pomarzyć.
  "Mydlana dziupla"
 Nowa pracownia w trakcie
 Dzisiaj wiem na pewno, że w każdej z nas, bez wyjątku, drzemią nieograniczone możliwości do działania, trzeba sobie tylko często powtarzać: myśl kobieto, myśl ( i miej marzenia).

czwartek, 10 maja 2012

Gładkie nogi

 Przyszła wiosna, zrobiło się ciepło i zaczęłyśmy wszystko odsłaniać: ramiona, brzuchy i nogi oczywiście! Nie wiem jak Wy, ale ja mam zawsze największy problem z nogami. O ile poradziłam sobie z pękającą skórą pięt (twardy balsam z woskiem pszczelim okazał się nie do pobicia), o tyle włosy porastające dolne kończyny są naprawdę irytujące. Ale najgorsza  jest dla mnie depilacja! Przy chemicznych depilatorach mój nos cierpi niemożliwie, przy goleniu pianką do golenia, nogi cierpią od ran ciętych. A okazuje się, że najlepsze jest to, co najprostsze. Użyłam do golenia nóg mego mydła Delikatny Peeling, do którego dodaję popiół ze skały wulkanicznej lub glinkę kaolinową. Jakoś tak się złożyło, że nie użyłam go nigdy do golenia nóg, w myśl powiedzenia, że szewc bez butów chodzi. Nie miałam jakichś specjalnych oczekiwań, ale mydełko spisało się wyśmienicie! Nie używam do namydlania żadnego pędzla, po prostu namydlam dokładnie całe nogi. Mydło pieni się bardzo obficie, dodatek glinki sprawia, że piana jest bardzo gęsta, ostrze gładko ślizga się po powierzchni skóry, a skóra po goleniu nie jest podrażniona, jest nawilżona (olej rycynowy) i nie trzeba jej dodatkowo niczym smarować. No i nie muszę wdychać tych wszystkich smrodków, które producenci starają się "zabić" na różne sposoby. Po raz kolejny przekonałam się, że NATURALNE jest najlepsze! Mam już mydło grapefruitowe z dodatkiem różowej glinki, sprawdzę, czy będzie równie dobre do golenia. Będę miała wtedy problem z głowy, no i ...... gładkie nogi!
PS
Zaprzyjaźniona kosmetyczka z Warszawy, Pani Ewa, kiedy wspomniałam jej o powyższym, zwróciła mi uwagę, że nóg się nie goli, bo wyrasta wtedy szczecina (twarde, sztywne włosy), tylko woskuje i wtedy odrasta miękki puszek.No coż, krótko trwało moje zadowolenie, ale znalazłam już przepis na cukrowy wosk do depilacji nóg, o którym wspominała Pani Ewa, jak już go wypróbuję, chętnie podzielę się wrażeniami,  a może macie jakieś sprawdzone naturalne sposoby usuwania owłosienia z nóg?
Poniżej zamieszczam zdjęcie żywokostu, który właśnie teraz kwitnie, a ja mam swój ulubiony "żywokostowy lasek" nad Wieprzem.